Na Podniebiu

Za oknem zbierają się chmury.

Dzień jasny zmienia się w ponury,

Nadchodzi cień mgły

Szarobury.

Pierwej obłoczki nieśmiałe,

Jeden z drugiego.

Znikąd się biorą, na potęgę mnożą,

Dystansu nie trzymają,

Płynne i plastyczne,

Gdzie chcą docierają,

Gromem grożą.

Kto formuje chmury?

Ten co na nie patrzy?

Czy ten co tchnie je z góry,

I wypuszcza ze swej tajnej dziury?

Zawiłe, wijące się kłęby

Potężne kaskady żywiołu,

Niczym sztorm powietrzny

Widzialny z dołu…

Obok samotny obłok z lekka tańcząc

Odlatuje…

Umknął, wyrwał się

I poboczny

Swój wątek snuje…

Dąb – Rzecz w Polsce, pospolita.

Oko Jagiełły

Dziś dzień świąteczny, Narodowe Święto Niepodległości. Moje myśli nieustannie kierują się w stronę lasu. Nie zważam więc na Czas i lecę w las 🙂 W tym roku miałam szczęście i spotkałam na swej drodze kilku takich polskich władców borów.

Przez oko Dębu Jagiełły patrzę na te dwa Nagie Dęby 🙂 i przypominam sobie jak pieruńsko kojąco wpływa na mnie pobyt w dębowym gaju, od razu ładują się wewnętrzne akumulatory.

W dąbrowie spędzić dzień dobry, spotkać dobrych braci od ochrony, obrony.

Gdy człowiek jest roz(s)trojony, gdy myśli, ciało i oddech są niezjednoczone, energia napędowa rozdziela się na trzy, co powoduje, że żadna z tych trzech części nie dostaje pełnej mocy. Gaj daje ochronny cień. Przytula, otula, pozwala odetchnąć, ochłonąć. W jego cieniu można uporządkować szaleństwo, schłodzić głowę. Następuje połączenie oddechu, ruchu ciała, myśli. Człowiek jednoczy się w sobie i taka skoncentrowana energia zasila, dodając napędu. Osoba zharmonizowana dostaje pełną moc.

W cieniu widać wyraźniej, nie razi, wszystko jest stonowane, w swej wyrazistości – uwypuklone. W cieniu każdy dźwięk jest wyraźniejszy.

Co tworzy muzykę, dżwięk czy pauza?

Miara sztuki czy sztuka miary?

Co ważniejsze, podróż czy przystanek?

Na przystanku można przyjrzeć się podróży. Po prostu przez chwilę trwać, nie gnać. Trwanie w czasie to czas życia.

Czy umyka?

Czy go gonię?

Czy się z nim ścigam?

Czy go wyprzedzam?

Czy tęsknię za odliczonym?

Bądź – mówi Dąb. Weź w dyby swój byt.

„Człowiek jest tylko sumą oddechów” cytując Sidney’a Polaka. Jaki jest mój oddech? Płytki, powierzchowny, zachłanny? Czy głęboki i sycący?

Spokój bijący od dębów wpływa na ciepło myśli. Przebywając w dębowych gajach, doświadczyć można spektakularnych widoków, prawdziwych świetlnych spektakli.

Dąb to święte drzewo burzy i grzmotu, siły, długowieczności i nieśmiertelności. Na obszarze słowiańskim związany z bogiem piorunów – Perkunem. Rzym dawny, największe zasługi obywatelskie wieńczył liściem dębowym. Staroitalskim opiekunem czasu był Janus, traktowany na równi z Jowiszem. Z szumu dębowych liści, w Dodonie – najstarszej wyroczni greckiej, kapłani odczytywali wolę Zeusa. Złote Runo wisiało na dębie. Okręt Argonautów – Argo, posiadał belkę wyciętą z dębów dodońskich, dzięki czemu okręt mógł mówić i posiadał dar wieszczenia.

Zygmunt Gloger w „Encyklopedii staropolskiej ilustrowanej” pisze: „Słowianie czcili starożytne dęby od wieków. W jednej starej kolędzie podkarpackiej mowa jest o stworzeniu świata, kiedy nie było nieba ni ziemi, tylko morze sine, a pośród morza stały dwa dęby.”

W wierzeniach ludowych żołędzie odpędzały pioruny dlatego kładło się je na parapetach. Noszone przy sobie, jako np. bransoletka, ochraniały przed piorunem i zapewniały dobrobyt.

Żołędzie to owoce dębu. Zawierają ok. 50% skrobi, 6% białka i 30% tłuszczów. Są bogate w potas, magnez, witaminę PP i kwasy fenolowe. Przed spożyciem należy poddać je odgoryczeniu. Można je jeść ugotowane, przygotować z nich mąkę , kawę. Kawa żołędziowa jest tak pożywna, że zalecano ją rekonwalescentom i anemikom.

Liście dębu są znakomitym dodatkiem przy kiszeniu ogórków oraz pieczeniu chleba.

Odwary z kory dębu mają działanie ściągające, przeciwzapalne i antywirusowe.

Dobrym ćwiczeniem na zwiększenie pojemności płuc jest zabawa językowa, którą pamiętam z dzieciństwa. Należy wziąć wdech i na jednym wydechu, jak najszybciej i w kółko powtarzać: ząb zupa zębowa, dąb zupa dębowa. Powodzenia 🙂

by Magdalena 🙂

Rzecz O Ulach

Apis Mellifica to łacińska nazwa pszczoły miodnej. W Egipcie wierzono, że pierwsza pszczoła wyfrunęła z rogów świętego byka – Apisa. Dlatego też w Europie za ojczyznę pszczelarstwa uznaje się Egipt. W mitologii hinduskiej, pod postacią pszczoły przedstawiany jest bóg Wisznu a Kryszna, jedno z wcieleń Wisznu, nosi pszczołę na głowie. Starożytni Hebrajczycy uważali, że najszczęśliwsza jest ta kraina, która „mlekiem i miodem płynie” i za taką uważali ziemię chananejską. Król Salomon twierdził: „Jedz synu miód bo jest dobry i przedłuży dni twego żywota”. Ibrahim Ibn Jakub w zapiskach ze swoich podróży do krajów słowiańskich w X wieku zapisał: „Polska to kraj mlekiem i miodem płynący”. Arabowie na półwyspie arabskim matkę pszczelą nazywali Księciem. Zeus otrzymywał miód pochodzący z uli należących do królewny Melissy. Bohaterowie Homera z „Iliady i Odyssei” również jadali miód. Zwolennikiem miodu jako pokarmu i jako leku był Hipokrates, ojciec medycyny. Podczas przygotowań do igrzysk olimpijskich atleci spożywali znaczne ilości miodu.

Zwłoki Aleksandra Wielkiego, który zmarł w wieku 33 lat na malarię po ukąszeniu komara, przechowywane były w beczce z miodem. Jest to dowód, że już wtedy wiedziano o konserwujących właściwościach miodu. Herodot opisuje, jak po śmierci wodza babilońskiego Argesipolisa, na wyprawie wojennej w Macedonii, wierni żołnierze zanurzyli jego zwłoki w miodzie. W ten sposób przewieźli je do ojczyzny, mimo panujących tam upałów. W ten sam sposób balsamowali swoich zmarłych starożytni Grecy i Afrykańczycy. Usuwano wnętrzności ze zwłok i tak wypatroszoną jamę brzuszną wypełniano miodem. Uważano, że miód wyleczy chorego, pogryzionego przez chore na wściekliznę zwierzę lub ukąszonego przez żmiję. Jad pszczół uodparnia na jad wężów i żmij. W Afryce, pszczoły do dziś w wielu miejscach uważane są za owady totemiczne. W wielu miejscach w Australii traktuje się je jako święte. Od wieków dużą wagę do hodowli pszczół przywiązują Chińczycy i mieszkańcy Ameryk. Ogromnym powodzeniem cieszył się szczególnie u Azteków.

W Europie powstało określenie „miodowy miesiąc”, jest to wymysł skandynawski. To tam tradycja nakazywała by wesele trwało 30 dni a przez cały ten czas pito tylko szlachetne miody sycone.

Jednym z najstarszych dokumentów bartnictwa, pochodzący z młodszej epoki paleolitycznej jest malowidło ścienne z Alpery we wschodniej Hiszpanii. Przedstawia ono kobietę w otoczeniu roju pszczół podczas wybierania miodu z dziupli drzew. Z okresu brązu pochodzi znalezisko z Guldhej w Danii, tam w naczyniu z kory brzozowej, umieszczonym w dębowej trumnie znaleziono żurawinowe wino słodzone miodem. Papirus znaleziony w Egipcie i odczytany przez Jerzego Ebersa, niemieckiego egiptologa, mający już ponad 3500 lat wysławia, że Egipcjanie stosowali miód do leczenia ran i nie wybierali go pszczołom dzikim ale hodowali te owady w wielkich, glinianych dzbanach. Podczas prac wykopaliskowych w okolicach Neapolu, wydobyto szczelnie zamknięte wazy z miodem, który był wciąż jadalny, mimo, że liczył ok 2500 lat. W grobowcach faraonów, wśród znalezionych skarbów, odkryto również naczynie z miodem a rysunki wyryte na ścianach grobowców opowiadają m. in. o hodowli pszczół i o miodzie. Około 20 000 lat temu uwieczniono na ścianach Groty Pajęczej, koło dzisiejszej Walencji w Hiszpanii, scenę rabunku miodu przez człowieka.

Najpierw podkradano miód pszczołom dzikim, gnieżdżącym się w dziuplach, później rozwinęło się bartnictwo czyli hodowla pszczół w barciach, naturalnie bądź sztucznie wydrążonych dziuplach, najpóźniej pasiecznictwo, czyli hodowla pszczół w pasiece, w gromadzie uli skupionych na niewielkiej przestrzeni.

O używaniu pszczelego wosku na terenie dzisiejszej Polski świadczą pośrednio ówczesne metody odlewnicze. Zwały się one wosk tracony i wymagały wielkich ilości tego pszczelego wyrobu. Było to już w epoce brązu. Priskos z Panionu w Tracji, opisując swoje poselstwo do Attylli, wodza Hunów, pisze o używaniu miodu przez Słowian: „dostarczono nam… zamiast wina czegoś, co tam na miejscu nazywa się medos.” Jest to obok słowa strawa najstarszy zapisany wyraz słowiański, używany przez Słowian naddunajskich. Święty Otton, apostoł Pomorza Zachodniego pisał o Polanach: ” nie dbali o wino, mając w piwie i miodzie tak wyborne napoje…” Zygmunt Gloger w jednej z prac o dawnych czasach, bartnictwie i pszczołach, pisał: „lada wydrążony pień służył za ul, lada bór był pasieką…” a całe osady trudniły się bartnictwem. W niemieckich kronikach z XII w. informował, że kraje słowiańskie są mlekiem i miodem płynące. Miód zwano przaśnym. Był on w owych czasach, a i wcześniej produktem eksportowym. Miodu uzyskiwano tyle, że można było zaopatrzyć weń całą Germanię, Brytanię i najdalsze strony Europy Zachodniej. W ówczesnych czasach pszczoły traktowane były jak rodzina, bo to one zarabiały na dom i dawały dobrobyt. Były złotymi muszkami lub robakami bożymi. Pszczoła nie zdychała a umierała. Zabicie pszczoły traktowane było jako grzech dlatego uśmiercaniem rodzin pszczelich tzw. siarkowaniem, trudnili się handlarze żydowscy a w Rumunii – Cyganie, gdyż ich nie obciążano moralnie za ten czyn.

W duchu religii katolickiej wierzono, że pszczoła miała zrodzić się z ran św. Piotra, Pawła a nawet samego Jezusa. W Europie wierzono, że pasieka musi znajdować się w pobliżu kościoła, w zasięgu dźwięku dzwonu kościelnego, w zasięgu głosu Boga. Dzwonki miały zwabiać roje. Wierzono, że wraz z ucieczką roju, z pasieki może uciec szczęście. Pod ulem zakopywano złoto, żeby zysk z pasieki dawało. Istnieją również podania o tzw. rojnicy, gadzie podobnym do żmii. Wierzono, że rojnica wydaje z siebie rój pszczół, stąd jej nazwa. Trzymano ją w pasiece, miała gniazdo pod ulem i karmiono ją raz dziennie bułką rozdrobnioną w słodkim mleku. Kto ma rojnicę, temu się pszczoły bardzo darzą.

Był czas, że kary sądowe trzeba było spłacać miodem a grzechy woskiem na świece do kościoła. Dokumenty z VIII w. świadczą o tym, że Słowianie zachodni składali daniny z wosku. „Na Pomorzu miodu było w bród” – wspomina Herbort w swoim „żywocie św. Ottona bamberskiego”, Z tego samego okresu pochodzi znaleziona w Gnieźnie część naczynia ze stwardniałym plastrem miodu. Gall Anonim pisał o Polsce, jako o kraju obfitującym w miód, gdzie las miodopłynny. W Polsce, w czasach wczesnośredniowiecznych prymitywna gospodarka hodowlano-leśna była już znacznie rozwinięta. Miód zbierano w dziuplach drzew, tzw. ślepotach. Pszczoły nazywano zielonymi albo borówkami. Niszczono wówczas roje, nie troszczono się o pszczoły.

Największy rozwój polskiego pszczelarstwa nastąpił w średniowieczu. Powstał wtedy specjalny język bartników, niezrozumiały dla osób spoza tego kręgu. Niektóre ze słów zachowały się do dziś np. barć zwała się dzień, a zatykano ją specjalnym zatworem, czyli dłużnią lub zadłużem, chroniącym przed napastnikami. Barć – to stara nazwa słowiańska, pochodząca z indoeuropejskiego rdzenia bher, stąd nazwy miejscowości typu: Bartodzieje, Barcie, Bartniki. Nazwy te pochodzą z czasów wczesnego średniowiecza. Od wyrazu barć hodowlę pszczól nazywano bartnictwem, ludzi pracujących w barciach – bartnikami, a tych, którzy wyrabiali barcie – bartodziejami. Na terenie grodów Gniezno i Opole znaleziono pochodzące z XII w. żelazne piesznice, względnie pieśnie, czyli rodzaj żelaznego dłuta z tulejką, używanego do drążenia czyli dziania barci w drzewie. Drążono w pniach barcie czyli otwory w których mógł zainstalować się rój. Wiercono je wysoko w pniu, na ogół od południowo-wschodniej strony, gdyż strona ta była najmniej narażona na wiatry. Taki wydrążony pień zwano dzianym. Na Rusi już w XI w. bartnicy znakowali barcie dziedzicznymi znakami własności. We wczesnym średniowieczu znano już żelazne kolce, ułatwiające wchodzenie na drzewa bartne po miód i wosk zabierane dzikim pszczołom. Do przygotowania barci wybierano stare drzewa o pniu grubym i pozbawionym gałęzi do znacznej wysokości. Drążono wtedy otwory w sosnach i dębach, rzadziej w jodłach i jesionach. Sosna znaczyła drzewo dziane. Na Polesiu jeszcze w XX w. sosnę nazywano choją a sosna oznaczała pień drzewa z wydrążoną barcią.

Zaniedbanie barci zwano omieszkaniem, zabezpieczenie roju na zimę zwało się łaźbieniem, był też dzwon, czyli kawał kloca tzw. kłoda samobitnia, zawieszona przed wejściem do barci, która uniemożliwiała niedźwiedziowi rabunek, gdyż waliła go po łbie ile razy usiłował dobierać się do miodu. Niedźwiedź jest całkowicie odporny na jad pszczeli a jego pierwotną nazwa to miodojad. Obroną przed konkurencją niedźwiedzią była tzw. odra – drzewo bartne otaczano drewnianym pomostem z dartych desek, miały one od spodu liczne, sterczące w dół kołki. W Puszczy Białowieskiej jeszcze w połowie XIX w. stawiano na piecu drewniane, okrągłe naczynia z rzeszotem w które wkładano plastry z miodem, gdy ten się ogrzał, spływał do drewnianych kubłów a te przechowywano później w komorze.

Bartnik zobowiązany był do składania z miodu daniny, która stanowiła połowę, a często i trzy czwarte całej produkcji. Właściciele borów, z miodu otrzymywanego od bartników robili głównie miód pitny bądź odsprzedawali go za granicę. W średniowieczu, skóry upolowanej zwierzyny oraz miody, stanowiły główny produkt eksportowy. Z wosku, poza jego używaniem do celów odlewniczych, wytapiano świece i przeznaczano do wyrobu pieczęci, na które było duże zapotrzebowanie. Mniejsze ilości wosku brano do wyrobu tabliczek do pisania, służyły one uczniom i kancelistom pisarczykom jako brudnopisy. W późnym średniowieczu bartnictwo zdecydowanie rozkwitło. Powstały różne prawa porządkujące tę dziedzinę. Podstawową jednostką bartną był tzw. bór inaczej oblina. Składał się zwykle z 60 drzew bartnych, rozrzuconych na przestrzeni wielkiego lasu. Do boru należały też polany leśne, pełne kwitnących roślin aby pszczoły miały z czego zbierać miód. Bór należał zwykle do jednego właściciela, bartnika, który oznaczał swoje drzewa znakami bartnymi tzw. cisnami. Bór był dziedziczny ale właściciel mógł swoje prawa do boru, czyli obliny, sprzedać. Zrzekał się wtedy nie tylko barci ale oddawał także i narzędzia bartne nowemu właścicielowi. Osady bartne, często stawały się zaczątkiem nowej wsi. Prawa bartne były surowe, wręcz okrutne. Najcięższą karę, gardłową – przez powieszenie, wydawał sąd bartny, dla złodzieja złapanego na gorącym uczynku kradzenia miodu czy całej barci. Gdzieniegdzie, prawo bartne było jeszcze sroższe. Stosowana była kara tzw. wyciskanie kiszek. Mimo surowych kar, uczciwość bartników była niezwykłą. Pszczelarze nie musieli składać przysięgi w sądach bo i bez niej wiedziano, że mówią prawdę. Bartnikom ufano. Od wyroku sądu nie było apelacji. Czasem karą była banicja, wywołanie z puszczy czyli wypędzenie bartnika z bractwa za popełnione wykroczenie. Sądy zbierały się i obradowały jesienią, stąd te jesienne dni zwane były rokami bartnymi. Jak wynika z umów bartnych i to prawie wszystkich dotąd zachowanych, w umowach wymienia się męża i żonę. To małżeństwa wspólnie kupowały, sprzedawały i zastawiały swe bartnicze gospodarstwa. Wdowa zawsze dziedziczyła po mężu połowę jego barci, córki dziedziczyły po bracie czy po rodzicach na równi z synami. Gdy któryś bartnik ożenił się z dziedziczącą panną to nie miał prawa sprzedawać czy zamieniać bartniczego gospodarstwa bez jej zgody. Zwykle jednak barcie czy pasieki dziedziczył ten syn, który najlepiej znał się na pszczołach a resztę rodzeństwa musiał spłacać.

Wojny przypadające na połowę XVII w. pociągające za sobą ogromne zniszczenia spowodowały, że z bartnictwa zaczęto powoli przechodzić na pasiecznictwo. Bartnictwu zagrażał również przemysł leśny. Wycinano najokazalsze drzewa na budownictwo, na eksport, na sprzedaż i coraz trudniej było znaleźć odpowiedniej grubości pnie. Właściciele lasów usuwali z nich powoli bartników. Zygmunt Stary nakazał przepędzić ich z Puszczy Niepołomickiej. W XIX w. wydano ustawy zabraniające uprawianie bartnictwa, chodziło tu o ochronę drzewostanu. Taką ustawę wydał rząd pruski dla Prus Królewskich w 1820 r. a 7 lat później rząd Królestwa Polskiego. Inną przyczyną upadku bartnictwa były wysokie podatki, które sprawiały, że zajęcie to stało się nieopłacalne.

Słowa ul i pasieka są pochodzenia słowiańskiego. Ul oznaczał pierwotnie każde wydrążenie, pasieka – miejsce posieczne, czyli wyrąbane w lesie. Na jednym ze zjazdów Międzynarodowego Stowarzyszenia Naukowców-Pszczelarzy w Londynie, dyrektor tej organizacji dr Eva Crane powiedziała: „Aby móc się orientować w najnowszych osiągnięciach apiologii trzeba uczyć się i znać język polski.”

Pszczelarze często mówią, że rozmawiają ze swoimi pszczołami i że obie strony doskonale się rozumieją ale aby człowiek mógł zrozumieć pszczoły, być ich przyjacielem, musi je pokochać. One wtedy odwzajemnią się z nawiązką. Pszczoły porozumiewają się gestami, ruchem, tańcem. Pszczelarz, który kocha swoje owady potrafi wiele zrozumieć z tego co mówią. Gdy pszczoły są w niebezpieczeństwie, przyzywają pszczelarza, wydając wtedy specjalne dźwięki, rodzaj rozpaczliwego sygnału, który dobry właściciel słyszy i rozumie a gdy udzieli pszczołom pomocy, one dziękują radosnym tańcem. Pszczelarze słyszą też rozmowy pomiędzy młodymi królowymi, przed wyjściem ze swoich celek, potrafią powiadomić pszczelarza, że chcą opuścić ul, powiadamiają go o tym wcześniej, żeby mógł im ten nowy dom przygotować. Wykonują wtedy specjalny taniec, przez pszczelarzy zwany ósemkowym. Odbywa się on od samego rana, przez cały dzień aż do wieczora.

Gdyby nie praca owadów, głównie pszczół, wiele roślin nie mogłoby po prostu istnieć. Bez owadów nie byłoby rozmnażania się wielu gatunków roślin, zwłaszcza tych, które są obcopylne, czyli potrzebują zapylenia krzyżowego. Gdy odkryto Australię, nie znaleziono tam pszczół. Sprowadzone z Europy i troskliwie pielęgnowane jabłonie rosły pięknie, kwitły obficie ale nie owocowały. Dopiero po sprowadzeniu pszczół drzewa zaczęły dorodnie dawać plony. Bez pracy pszczół nie ma co liczyć na wysokie plony nasion czy owoców bardzo wielu roślin uprawnych. Wiedzieli o tym starożytni Grecy i Egipcjanie, dlatego rozwijali pszczelarstwo wędrowne, tzw. koczujące. Stawiali ule na tratwach i ci pierwsi morzem i zatokami, a drudzy – Nilem, płynęli tam, gdzie akurat pożytku była obfitość. We Włoszech do dziś przewozi się pszczoły z wysp na ląd lub przenosi ule w Alpach i Apeninach z miejsc niżej położonych w góry, gdzie owady mają nie tylko kwiaty ale i spadź.

Miód, pyłek kwiatowy – pierzga, mleczko pszczele, jad pszczeli, kit pszczeli, wosk, zapylanie roślin – to wszystko pochodzi od pszczół. Wszystko to jest przydatne i niezmiernie korzystne dla człowieka. Miód spadziowy ma więcej mikro- i makroelementów niż miód nektarowy i wykazuje lepsze właściwości lecznicze m in. w gruźlicy, chorobach krążeniowych i trawiennych. Spadź, wydalana przez mszyce bądź czerwce, występuje na igłach i gałązkach jodeł, świerka oraz modrzewia a także na wierzchniej stronie liści dębu, leszczyny czy lipy. Najaktywniejsze są miody spadziowe z drzew szpilkowych, miody lipowe i grykowe. Najmniej aktywne są miody rzepakowe, ognichowe i wrzosowe.

Bardzo istotną substancją występującą w miodzie jest inhibina. Pochodzi ona z organizmu pszczół i ma właściwości bakteriobójcze. Inhibina jest bardzo wrażliwa na światło i podwyższoną temperaturę dlatego próżno oczekiwać jej w miodzie wystawianym na słońce czy podgrzewanym. Ciemne, suche i chłodne pomieszczenie to warunki idealne dla przechowywania miodu. Bardzo ciekawym odkryciem okazało się zjawisko, że miód , który pszczoły produkują w górach wykazuje dwukrotnie silniejsze działanie bakteriobójcze od miodu produkowanego przez pszczoły w dolinach. Podobnie jest u krów. Mleko od krów pasących się na wysokości powyżej 1000 m. n.p.m. hamuje rozwój bakterii o wiele silniej niż tych, żyjących na nizinach. Inhibiny niszczą bakterie gram-dodatnie i gram-ujemne, nie mają wpływu na drożdże i pleśnie. Miód najskuteczniej niszczy gram-dodatniego gronkowca złocistego. Miód posiada również właściwości antybakteryjne dzięki obecności nadtlenku wodoru, który razem z kwasem glukonowym, dzięki działaniu enzymów, powstaje z glukozy. Miód niedojrzały lub fałszowany cukrem nie posiada enzymów, przestaje być „żywy”, jest niepełnowartościowy. Miody świetnie radzą sobie ze streptokokami, stapylokokami, pałeczkami tyfusu brzusznego czy pałeczkami jelitowymi. Słabe działanie mają wobec gram-ujemnej pałeczki okrężnicy. W miodzie spadziowym z jodły znaleźć można gwajakol, mający silne właściwości wykrztuśne. Medycyna ludowa stosowała go przy chorobach dróg oddechowych. Świeżego miodu, prosto z plastra, używano w leczeniu ropiejących i śmierdzących ran. Miód był bardzo ważnym środkiem leczniczym medycyny ludowej. Znaleźć można receptury na leczenie nim chorób żołądkowo-jelitowych, wątroby, nerek, chorób płucnych, niektórych chorób skóry a nawet cukrzycy. Hipokrates twierdził, że miodowy napój gubi flegmę i uspokaja kaszel. W „Księdze Życia” czyli hinduskiej Ajur-Wedzie można znaleźć polecenie leczenia gruźlicy płuc miodem i mlekiem. Awicenna uważał, że w początkowych stadiach tej choroby doskonałym lekiem jest miód utarty z płatkami róż. W medycynie ludowej stosowano miód z mlekiem kozim i sadłem niektórych zwierząt (borsuków, psów i in.) a także miód z wywarem korzenia omanu albo sokiem z chrzanu – pity w ciągu 5-7 tygodni. Przy przewlekłych bronchitach i uporczywym kaszlu polecano herbaty z czerwonej koniczyny z miodem oraz z ziela podbiału z dodatkiem miodu. Wszelkie przeziębienia leczono kwiatem lipowym z miodem lub z żółtkiem utartym z miodem. Miód od zawsze był dobrym dodatkiem profilaktycznym przy różnych chorobach zawodowych. Robotnicy narażeni na pylicę, zapadają na nią o wiele lat później jeśli systematycznie jadają miód. W dawnym RFN podawano miód spadziowy zatrudnionym w kopalniach uranu. Przeciwdziałał on w pewnym stopniu skutkom napromieniowania. Jad pszczeli absorbuje wolne pierwiastki, pojawiające się pod wpływem napromieniowania radioaktywnego. Miód zmniejsza toksyczne działanie takich używek jak: kawa, mocna herbata, tytoń czy alkohol. Łagodzi skutki stresów, wstrząsów, przemęczeń. Mobilizuje siły psychiczne i pomaga w walce z chorobami nerwowymi.Podczas II wojny światowej zauważono, że ciężko ranni pacjenci szybciej powracali do zdrowia a poziom hemoglobiny w ich krwi wyraźnie wzrastał, gdy jadali miód. Badania wykazały, że żelazo z miodu jest w ponad 60 % wykorzystywane przez ludzki organizm a jest to ogromnie dużo. U dzieci jadających miód zaobserwowano zwiększenie wagi, siły mięśni i liczby krwinek.

Ciekawostką jest, że rośliny zamoczone przez 24h w 25% roztworze miodu z wodą, z dodatkiem odwaru z drożdży i wit. B1, w temp. pokojowej, wysadzone w zagonkach, ukorzeniają się bardzo szybko i silnie. Dotyczy to również roślin trudno zakorzeniających się, takich jak jaśmin czy głóg.

Pyłek to źródło fitoncydów czyli substancji o działaniu bakteriobójczym, grzybobójczym, pierwotniakobójczym, hormonów, stymulatorów wzrostu, antybiotyków, enzymów, olejków eterycznych i … Dzięki badaniu pyłków przez botaników i archeologów, na podstawie pyłków wydobywanych z torfowisk, odtworzono florę okresu polodowcowego. Według medycyny ludowej, pyłek nie dopuszcza do choroby zwanej prostatą, a nawet ją leczy. Zwiększa poziom hemoglobiny i erytrocytów we krwi i obniża ciśnienie. Pyłkiem leczono niemowlęce odparzenia. Wytrząsało się pyłek z bukietu np. malw, bezpośrednio na odparzenia i pieluszkę. W pyłku znajduje się „prototyp” penicyliny, posiadający zdolności hamowania niektórych typów chorób tyfusowych. Pyłek odmładza. Kuracje pyłkowe normują stan psychiczny.

Egipcjanki i Rzymianki używały pyłku na piękną cerę. Piękna Poppea, żona Nerona, kąpała się w mleku oślic a twarz smarowała maseczką z mieszanki tego mleka z miodem. Miodu do pielęgnacji urody używała również pani du Barry, słynąca z urody metresa króla Francji, Ludwika XV. Japonki do pielęgnacji rąk używają mikstury z olejku z migdałów słodkich i gorzkich lub jąder pestek brzoskwini, utartych z miodem i żółtkiem jaja. Chinki ucierają z miodem rozgniecione pestki pomarańczy. Krem taki rozjaśnia cerę i przeciwdziała wszelkim niedoskonałościom skóry. Kreolki nacierają całe ciało płynem z wyciągów różnych korzeni, zmieszanych z miodem i wodą. Starożytni Grecy utrwalali za pomocą miodu barwy na tkaninach, dzięki czemu kobiety mogły drapować z nich piękne tuniki.

Od tysiącleci istnieje opinia o tym, że pszczelarze na ogół żyją dłużej. Niektórzy badacze tłumaczą ich długowieczność spożywaniem dużych ilości miodu surowego, niedokładnie oczyszczonego, „zabrudzonego” pyłkami. Do przebywania z pszczołami niezbędny jest spokój i wewnętrzne opanowanie. Pszczoły szybko reagują na ludzi niespokojnych, zbyt ruchliwych. Przebywanie na świeżym powietrzu, spokój, oraz niejednokrotne pożądlenie przedłuża pszczelarzom życie.

Stare powiedzenie ludowe brzmi: ” tylko szlachetni potrafią być wdzięczni”, dbajmy więc o nie, kochajmy je a one wciąż obsypywać nas będą swymi cudownymi, życiodajnymi produktami.

Cdn…

by Magdalena 🙂

.

.

.

.

Źródła:

Stare zapiski z notatnika,

http://teatrnn.pl/leksykon/artykuly/wierzenia-o-pszczolach-w-tradycji-ludowej-lubelszczyzny/

„Pszczoły i ludzie” Irena Gumowska

Do Mężczyzny

Chcesz sobie narobić kłopotów?

Zaoszczędź kobiecie uniesień i wzlotów.

Zacznij od niej oczekiwać, wymagać.

Wkrótce choć o jedno spojrzenie,

Będziesz błagać.

Unoś się dumą, zadzieraj głowę wysoko.

Chybnij – wyrżniesz, powie ci jej oko.

Gdy zechcesz ją pouczać, poprawiać…

Wtedy szybko będzie chciała nawiać.

Oczekiwać od niej, jeszcze gorzej.

Swym słodkim jadem,

Ukarze srożej.

Kobieta kwieci, plecie i przeplata,

Trochę zimy, szczypta lata.

Nie mów jej co ma robić,

Ona wie, jak twój świat ozdobić.

Trzeba jej szyjkę ucałować,

Do uszka szeptem się kierować.

Naprawdę,

Kobietę jest łatwiej uwieść, oczarować.

Miej dla niej czułość w sercu i na dłoni,

Jej welon zawsze cię ochroni.

Wtedy nie zostaniesz o chlebie i wodzie,

Lecz skąpiesz się w mleku i miodzie,

Pływając wspólnie po tej żywej tkaninie,

Boskim Gobelinie.

Szept, szepcik, szeptunio…

Spacerując lasem, borem

Rozmawiając z muchomorem

Psie wątki podglądając

W szklaną kulę zaglądając…

Przytulając moją duszę

Radowaniem mury kruszę.

Zielona fala me serce rozpala

I już wiem,

Że

Na jagodowym szlaku

Łyse kapelusze

Leczą Duszę.

by Magdalena 😁💕

Zatrute Jabłko

Spokój wewnętrzny to dla mnie prawdziwa wartość. To siła życiowa. Wewnętrzny kompas za pomocą którego odnajduje się kierunek, niezależnie od zewnętrznych okoliczności.

Dlatego warto w obecnym czasie zachować odpowiedzialną postawę wobec dzieci. Pamiętać, by pomimo odczuwania poczucia niepewności co do „jutra” nie przelewać na nie tej postawy.

Poznałam matkę, która swojej 7-letniej córeczce pozwalała oglądać programy informacyjne w telewizji bo według niej dziecko powinno nabywać świadomości o świecie. Teraz, jako 8-latka, szlifuje z telewizji swą wiedzę o wirusach. Poznałam również rodziców, którzy nie rozmawiają o problemie ani z dziećmi ani przy dzieciach. Za to chodzą poddenerwowani, szepczą po kątach, czają się i emanują tymi energiami. Dzieci to widzą i czują ale z problemem zostają zostawione same sobie.

I taka myśl, jak rodzic ma nauczyć dziecko radzić sobie z problemami, gdy tak naprawdę to rodzic sobie z nimi nie radzi?

Dorosłość nie jest wyznacznikiem dojrzałości ani dojrzałość – dorosłości. Zarówno dorosły -może, tak i dojrzały – może. Dziecko potrafi być bardziej dojrzałe od dorosłego, bo na przykład potrafi powiedzieć – nie – jeśli czuje, że jest to dla niego niewłaściwe. Dorosły brnie w syf bo może, bo mu pozwolono. Choćby alkohol. Dorosły gdy był nieletnim to prawnie nie mógł. Wraz z cyferką w metryce wreszcie już może. Dojrzały nieletni nie chce, dojrzały dorosły wie, że metrykalnie może ale również nie chce. Wie, że to szkodzi. Wie, bo ma świadomość prawdziwych wartości. Dba o swoje zdrowie z wewnętrznej potrzeby, wie że toksyny i trucizny nie służą żywieniu a obumieraniu. Zdrowy wewnętrznie człowiek jest w stanie wybierać to, co dla niego zdrowe. Czy to będzie jedzenie, czy informacja, czy przebywanie w danym środowisku.

Będąc rodzicem warto przemyśleć własną postawę bo dziecko obserwuje i nasiąka. Dojrzały rodzic wie, że dziecka docelowo nie chroni się przed światem a w ten świat się je wypuszcza. Warto więc nauczyć dziecko np. różnic pomiędzy substancjami odżywczymi a truciznami, toksynami. Wtedy samo będzie potrafiło wybrać. Poznałam mamę, która świadomie pozwoliła kilka razy wziąć na spacer batonik sklepowy jako przekąskę, bo dziecię upierało się, że chce. I pozwoliła dziecku świadomie obserwować własne reakcje. Cały proces – od powierzchownej, pierwszej radochy przez odpuszczenie zapału, brak chęci, sił a w końcu do marudzenia i płaczliwości. To dziecko obecnie myśli o tym co je. Potrafi wybierać. Warto uświadomić dzieci, że cukier wspiera toksyny i trucizny w wyniszczaniu ciała, zdrowia. Często cukier bywa zjadany na poprawę nastroju. To znaczy, że coś ten nastrój zrujnowało. Najpewniej stres, emocja, nastąpił jakiś konflikt wewnętrzny. Organizm w stresie ma osłabioną odporność. Poprawiając sobie nastrój cukrem, przykrywa się stan zapalny lukrowaną kołderką. Pozorne uczucie radości a ognisko zapalne wewnątrz rozpala się coraz mocniej. To otwarte drzwi dla jakiejkolwiek zarazy.

Dlatego tak ważne, moim zdaniem jest, by dać dzieciom poczucie spokoju bo to da im wewnętrzną siłę by stawiać czoło wyzwaniom jakie niesie świat, niespodziewanym okolicznościom zewnętrznym.

Warto zadać sobie kilka pytań: czy moje dziecko potrafi rozpalić ogień; czy potrafi zrobić sobie posiłek; czy potrafi zadbać o miejsce i ludzi wokół siebie; czy ma postawę roszczeniową czy życzliwą; czy potrafi cieszyć się życiem; czy potrafi znajdować radość w chwili; czy potrafi troszczyć się o siebie i innych, czy traktuje zwierzęta podmiotowo czy przedmiotowo…?

Ważne jest by nie siać w młodych umysłach mentalnego wirusa strachu przed życiem a zaszczepić w nich chęć do jego odkrywania. Bo tylko spokojne umysły są w stanie budować swój świat w zgodzie z własną tożsamością. Człowiek zastraszony zastanawia się jak przetrwać, spokojny odkrywa Tajemnicę Życia.

Jabłko do którego dostanie się robak – gnije.

Czym skorupka za młodu nasiąknie tym na starość trąci.

Niedaleko pada jabłko od jabłoni.

Po owocach ich poznacie…

by Magdalena 🙂

Jurajskie Światy

Na Jurze czas płynie inaczej. I tak jest w wielu miejscach. Kilka dni temu wróciłam z cudownej krainy – Roztocza i tam też tak jest. O Roztoczu jednak innym razem 🙂

Niedziela – Sun Day – dzień słoneczny. Rzadko kiedy w niedzielę nie świeci słońce, zauważam to zjawisko od wielu lat. I tak też było wczoraj. Słoneczko tak kusiło tymi swoimi promykami by wyjść z domu i nakarmić się powietrzem, że nie było sensu stawiać oporu.

Jura zachwyca, oczarowuje, inspiruje, promieniuje spokojem – tak było i tym razem.

Fotki z wczorajszego spaceru:

by Magdalena 😊